Ostatnio wpadło mi w ręce badanie na temat szczęścia i pieniędzy* i ono jest jak zimny prysznic: prawie 70% Polaków wierzy, że ich szczęście uwarunkowane jest od pieniędzy. A 28% ludzi mówi, że żeby poczuć się naprawdę szczęśliwymi, potrzebują minimum miliona na koncie.
I najlepsze: w tę historię mocniej wchodzą osoby, które oceniają swoją sytuację jako złą, niezależnie od tego, jak ona wygląda naprawdę…

„Jak uzbieram, to zacznę żyć”
Dla mnie to nie jest tylko statystyka. To jest narodowy program: „jak uzbieram, to zacznę żyć”. Nie mam nic przeciwko temu, żebyś uzbierał. Gromadzenie pieniędzy jest mądre. Problem zaczyna się wtedy, kiedy do czasu aż uzbierasz, nie jesteś obecny w swoim życiu, tylko dowozisz je jak projekt.
Funkcjonujesz w trybie terminów, odpowiedzialności, wyników i domknięć, a spokój, relacje i sens odkładasz na „kiedyś”. I to „kiedyś” potrafi ciągnąć się latami, bo próg cały czas się przesuwa.
Kłamstwa o pieniądzach i szczęściu
Ja też kiedyś uwierzyłam w te wszystkie kłamstwa o pieniądzach i szczęśliwym życiu.
Długo wydawało mi się, że spokój przyjdzie dopiero po osiągnięciu konkretnego wyniku, a szczęście jest czymś w rodzaju premii za harówkę. Że stres, nerwy, kontrola i wieczne dowożenie są normalną częścią ambitnego życia. Szczególnie wtedy, kiedy prowadzisz biznes, bierzesz odpowiedzialność za ludzi i chcesz robić rzeczy naprawdę dobrze.
Wierzyłam też, że kiedy dobiję do kolejnego progu, wreszcie poczuję ulgę. Tylko że nie poczujesz ulgi, jeśli Twoje ciało przez lata uczyło się żyć w takim trybie i z takimi schematami w głowie.

Strach nie mieszka na koncie
Strach mieszka w układzie nerwowym, w zacisku w szczęce i w tym, że nawet kiedy wszystko się zgadza, Ty nie potrafisz odpuścić.
I wtedy dzieje się rzecz najgorsza: masz wyniki, a w środku czujesz wewnętrzną pustkę. Zamiast potraktować to jak sygnał ostrzegawczy, włączasz stare hasło „to ja przesadzam” i dociskasz dalej, jakby jedyną odpowiedzią na dyskomfort było jeszcze więcej pracy i jeszcze ciaśniejsza kontrola.
To moment, w którym lider zaczyna zarządzać nie firmą, tylko swoim napięciem.
A napięcie zawęża perspektywę, słuchanie, odwagę i relacje. Nagle nie widzisz rozwiązań, tylko zagrożenia. Nie widzisz ludzi, tylko „zasoby”. Nie widzisz sensu, tylko tabelki. I nawet jeśli firma rośnie, rośnie na fundamencie, który w środku kruszeje.
Stan lidera jest informacją
Mechanizm jest czysto fizyczny. Stan emocjonalny lidera jest informacją, którą „niesiesz” do zespołu, do klienta, do decyzji. Jeśli podejmujesz decyzje z lęku, budujesz firmę w trybie obrony. Jeśli podejmujesz je z wizji i odpowiedzialności, zaczynasz widzieć to, czego wcześniej nie widziałeś: właściwe priorytety, realne ryzyko i prawdziwe dźwignie wzrostu.
To nie jest kwestia charakteru, tylko Twojego wewnętrznego stanu.

I teraz najważniejsze: co z tym zrobić?
Możesz mieć pieniądze, które dają satysfakcję. Możesz zarabiać i czuć spokój. Możesz mieć wynik i jednocześnie mieć życie. Ale to się nie wydarza „kiedyś”, po przekroczeniu magicznej kwoty. To się wydarza wtedy, kiedy zmieniasz relację z pieniędzmi: przestajesz nimi łatać lęk, a zaczynasz nimi budować wybór. Przestajesz je gonić z poczucia braku, a zaczynasz je tworzyć z wewnętrznej jasności.
Chcę już skończyć z tymi kłamstwami o szczęściu i bogactwie, którymi nas karmią od dziecka. Dlatego już jesienią spotkam się z Wami na Flow & Grow, żeby obnażyć mechanizmy, które nami sterują, i podzielić się swoim biznesowym doświadczeniem.
Bo ja też kiedyś uwierzyłam w te wszystkie kłamstwa.
Ale Ty nie musisz.
*Badanie przeprowadzone na ogólnopolskim panelu badawczym Ariadna.
